Gimnazjum nr 7 w Rybniku

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki
Email Drukuj PDF

Wspomnienia o Czesławie Miłoszu.


Andrzej Miłosz
O starszym bracie


Ze starszym bratem Czesławem łączyły mnie zawsze, powszechne u nas na Kresach, silne więzi rodzinne, umacniane przez wspólne przywiązanie do - wyniesionych z domu rodziców i dziadków - tradycji, wywodzących się z dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego, gdzie żyli zgodnie obok siebie ludzie różnych narodowości i wyznań.

Miłoszowie byli właścicielami Serbin w powiecie kowieńskim. Na cmentarzu w Wędziagole leżą nasi przodkowie od XVI wieku. Tam też jest pochowany Andrzej Miłosz, który w 1605 r. ze swoją litewską chorągwią "towarzyszy pancernych" szarżował na Szwedów pod Kirchholmem. (Jego napierśnik, ze śladami po kulach ze szwedzkich garłaczy, został kilka lat temu ukradziony przez włamywaczy z mojego mieszkania w Warszawie.) W Wędziagole pochowany też jest nasz dziadek Artur. W powstaniu 1863 r. był adiutantem naczelnika powstańczego Kowieńszczyzny, uznającego prawa Litwy do niezależności, "czerwonego" Zygmunta Sierakowskiego, powieszonego później w Wilnie na rozkaz "wieszatiela" Murawiowa. Dziadka uratowali od śmierci na szubienicy lub zesłania na Sybir Rosjanie starowiercy z sąsiedniej wsi. Starszyzna całą noc deliberowała, czy można krzywoprzysiąc, żeby uratować dobrego sąsiada. I przysięgli, że Artura widzieli cały czas obecnego we dworze.

Dobra pamięć o Miłoszach przetrwała tam od końca XIX wieku. Czesław był wzruszony, gdy - po prawie pół wieku nieobecności na Litwie - zobaczył w Wędziagole, na dobrze utrzymanych grobach Miłoszów, rosnące piękne kwiaty. Okazało się, że dbała o groby ludność miejscowa, zdziesiątkowana przez wojnę i wywózki na Sybir.

Nasz ojciec został jako inżynier od dróg i mostów zmobilizowany w 1914 roku do armii carskiej. Był oficerem saperów. Podczas rewolucji w 1917 roku, w Rżewie, zbuntowani żołnierze mordowali oficerów. Do ojca przyszła wtedy delegacja z czerwonymi opaskami, zapewniając że "naszemu kochanemu inżynierowi włos z głowy nie spadnie". Czesław wtedy tam był. Miał 6 lat.

Najważniejszą postacią dla Czesława był nasz dziadek, ojciec matki, Zygmunt Kunat, który z rodzinnej Krasnogrudy na Suwalszczyźnie przeniósł się do Szetejń na Litwie, żeniąc się z Józefą Syruciówną, późniejszą naszą babką. To po dziadku Kunacie Czesław "odziedziczył" zainteresowanie przyrodą, roślinami, ptakami... Gdy parę lat temu, podczas wizyty w Białowieży, Czesław opowiedział jak w wieku 10 lat miał w naszym mieszkaniu w Wilnie dużego puchacza, jeden z dziennikarzy zapytał: "A czy pamięta pan nazwy łacińskie sów?". Czesław wymienił je bezbłędnie.

Dziadka Kunata łączyły dobre stosunki sąsiedzkie nie tylko z drobną szlachtą zagrodową z pobliskiej Laudy, lecz także z chłopami Litwinami z położonych obok Szetejń wsi. Zapraszanych do stołu Litwinów babcia Lisia (Józefa) tolerowała, ale - o zgrozo dla niej - zapraszani tam też byli nieraz Żydzi, z którymi dziadek prowadził przyjazne, "filozoficzne" rozmowy. Do Litwinów i Żydów odnosiła się natomiast zawsze bardzo serdecznie ukochana przez Czesława babcia Stanisława Miłoszowa. Pochodziła ze spolszczonej inflanckiej rodziny hrabiowskiej, spokrewnionej z Emilią Plater.

Dwór Szetejnie utrzymywał przed I wojną światową szkołę, gdzie nasza matka uczyła chłopskie dzieci, oczywiście po polsku, ale dziadek, zwany przez sąsiadów ziemian "litwomanem", opłacał też nauczyciela Litwina. Mały Czesław był świadkiem tamtych wydarzeń i sądzę, że wywarło to wpływ na jego przyszłe poglądy i twórczość.

Dziadek Kunat jest pochowany w Świętobrości. W tamtejszym kościele Czesław był ochrzczony. A na pogrzeb dziadka w 1935 roku przyszło 5000 ludzi!

Jeszcze parę słów o naszej matce. Kiedy w 1940 roku Litwę przyłączono do Związku Sowieckiego, rozpoczęto dzielenie ziemi dworskiej między służbę rolną. Przybyli z agitatorami enkawudyści chcieli aresztować mamę, ale w jej obronie stanęli wszyscy fornale, Polacy i Litwini. Mama zmarła w 1945 r. pod Gdańskiem, po repatriacji do Polski. Z pobudek samarytańsko-religijnych pielęgnowała opuszczoną przez wszystkich chorą staruszkę, Niemkę. Zaraziła się od niej tyfusem, a lekarstw wówczas nie było. Była bardzo pobożna. Mówiła nam, że to na pewno jej modlitwy do Matki Boskiej Ostrobramskiej uratowały życie ciężko choremu na dyfteryt małemu Czesławowi, a podczas wojny chroniły przed ciągle zagrażającą nam śmiercią.

Z Czesławem nieraz rozmawiamy o naszych korzeniach i rodzinnych, bardzo demokratycznych, tradycjach. Niewątpliwie ta przeszłość przyczyniła się do ukształtowania w nim pewnych cech, do których, przez wrodzoną skromność, nie zawsze się przyznaje. I np. mało kto wie, że w Yad Vashem w Jerozolimie rośnie drzewko Czesława Miłosza, "Sprawiedliwego Wśród Narodów Świata". To tytuł przyznawany tym, którzy z narażeniem życia ratowali Żydów z Holocaustu.

Andrzej Miłosz - młodszy brat Czesława, dziennikarz i literat, autor scenariuszy filmowych, reportaży i słuchowisk radiowych, tłumacz literatury i dramaturgii francuskiej i rosyjskiej, reżyser filmów dokumentalnych. Mieszka w Warszawie.


Antoni Miłosz
Z innej gliny

"Oni są z innej gliny. Mój ojciec jest taki sam. Jesteśmy przy nich delikatni i chorowici, podatni na każdego wirusa, na każdą depresję." Tak mówił Bernard, gdy mu opowiadałem o krótkim pobycie Ojca w szpitalu, zimą 2000 roku. Nowego stulecia.

Wiele lat temu, chociaż wydaje się to niedawno, zastanawiałem się nad tym, jaki będę w 2000 roku i myślałem naiwnie, że będę już stary. Okazało się, że lata minęły subtelnie i nie czuję się tak inny, jak się spodziewałem. Tak naprawdę, jestem jakoś ten sam. Jest to w sumie złośliwy żart, ten czas, ta rzeka, w której tkwimy, jak ukorzenione głazy. Co dopiero Ojciec, urodzony w 1911 roku, świadomy świadek całego obłąkanego stulecia. Było mu przeznaczone zostać poetą czasu.

Niedawno dopiero doceniłem, jak krótka jest historia ludzka. Kilka pokoleń nas dzieli od Rewolucji Francuskiej, a kilka więcej od czasów Rzymskiego Imperium, które też tak stopniowo się przetworzyło w coś innego, iż nikt na pewno nie pomyślał, że oto kończy się era.

Ojciec wydawał mi się zawsze niezmienny i ze zdumieniem przeglądam fotografie z wczesnych lat 50., na których występuje jako młody człowiek, bo przecież pamiętam Go i dla mnie zawsze był ten sam. Przy takiej zdradliwości czasu jest mi trudno wyobrazić sobie wybuchy historyczne, jak rewolucja w Rosji, koniec I wojny światowej, początek II, powstanie warszawskie, wkroczenie wojsk radzieckich, stalinizm, wydarzenia tak istotne, które On odczuł własnymi zmysłami.

Kiedy byłem młodszy, wydawało mi się podświadomie, że historia to albo seria scen z filmów niemych, opatrzonych datami, albo też długi taśmociąg, a co kilka kilometrów napis: Renesans, Średniowiecze, Rzymianie, Grecy, Egipt, Sumer, koczownicy, małpoludy. Dopiero na własnej skórze można się przekonać, na ile nasz ludzki organizm wyraża się i żyje poprzez wszystkie te scenografie i kostiumy. Bo jak inaczej mogłoby być "teraz" w czasie przeszłym? A przy tym wydzielamy piramidy, katedry, drogi, obrazy, kapelusze, chyba jak pająk pajęczynę, bo jest to potrzebne. To wielka zasługa twórczości Ojca, że porusza tak delikatne tematy, nie wychodząc ani na marzyciela, ani na fanatyka.

Niedawno odważyłem się Go spytać, naiwnie i uparcie, żądając koniecznie odpowiedzi, na ile świat podczas wojny, czy przedwojenny, wyglądał jak obecny, w sensie ściśle wzrokowym, operatorskim. Widzimy teraz wszystko pod wpływem kamery, a czarno-biała klisza filmów dokumentalnych, nie mówiąc już o dagerotypach, nie udziela żadnej odpowiedzi. Czy światło tak samo się odbijało? czy kolory były tak samo nasycone? Odpowiedział, że nie, że istotnie wszystko wydawało się bardziej szare, chociażby poprzez mniej jaskrawą estetykę szyldów na ulicy i kostiumów. Ale nigdy nie wyleczyłem się całkowicie z dziecinnego przekonania, że nie ma dowodu na to, że każdy z nas widzi świat inaczej. Taka sama (choć zarazem inna) jest świadomość chwili u greckiego kupca, rycerza, kozaka, poety XX wieku.

Opowiada, że pamięta okres przed Rewolucją, że życie w Rosji wydawało się słodkie i niewinne, a za przejazd przez most płaciło się w budce "kopytkowe", licząc kopyta zaprzężonych koni. Ten sam człowiek traktuje dziś faks jako konieczność i docenia, przy słabym wzroku, zmienność rozmiaru czcionek na przenośnym komputerze, który zastąpił żelazną, czarną, pachnącą smarem, składającą się z tysiąca sprężynek i przekładni, maszynę do pisania "Smith Corona", specjalnie przerobioną na polskie litery, na której Mama przepisywała w kuchni wiersze i artykuły.

Aby nie zawstydzać niektórych czytelników, powinienem przyznać, że nie każdy skok ewolucji odbywał się bezboleśnie. Większość cudów techniki, jak i w dużej mierze całego rozwoju naszej cywilizacji, spotykała się z praktycznym pytaniem: a po co? Ale już szczyt sceptycyzmu powitał sekretarkę automatyczną, którą Ojciec dostał na gwiazdkę. Padł na kolana i odprawił "szywa rywa, ecze pecze", ku ogólnemu skręcaniu się ze śmiechu całej rodziny. Do mikrofalowego piecyka też podchodził niechętnie, aż odkrył eksperymentalnie, jak można, przy pomocy tego sprzętu, pyszne jabłka pieczone w kilka minut sobie sprawić. I tak było z faksem, kopiarką, komputerem. Człowiek się nagina. Przekazałem Panu Davidowi Packardowi, przed Jego śmiercią kilka lat temu, podziękowania za cudowne drukarki przenośne "Hewlett Packard", które Ojcu tak wiernie służą.

Jako amator ontologii, nie mogłem się powstrzymać i zapytałem raz Ojca, gdzie się mieszczą pliki, do których wpisuje teksty. Jak On to widzi? Pokazał palcem na pulpit pod kursorem myszki: Tu.

A więc może trochę inna glina. Czy to wpływ hartowania się zimą w lodowatych rzekach mitycznej, dla mnie, Litwy? Czy pozostałości nielicznych wypraw harcerskich? Czy też po prostu uparty charakter, pracowitość i duszące poczucie obowiązku? Rutyna rannego pisania, w przekonaniu, że jeśli człowiek codziennie napisze jedną stronę, to z czasem się nazbiera.

W szpitalu wieczorem lekarz oświadczył, że niestety przyplątała się infekcja i że chyba będzie trzeba zastosować antybiotyk. Ojciec, z rosnącą gorączką, spytał, czy mam ze sobą komputer. Oczywiście, w teczce. No więc pisz, będę dyktował. I tak podyktował trzy wiersze, które miał przygotowane, w takim stopniu rozpracowane w umyśle, że nie było najmniejszej wątpliwości, gdzie stawiać przecinki. Poranna rutyna dalej wykonywana, a skoro nie miał gdzie zapisywać, nazbierały się trzy strony. Co do infekcji, gorączka zniknęła do rana bez antybiotyków. Lepsza glina. Bernard miał chyba rację.

Antoni Miłosz - syn Czesława Miłosza, tłumacz, informatyk, właściciel firmy projektującej rozwiązania internetowe. Mieszka w Oakland w Kalifornii.


Carol Miłosz
Witając z nim nowy dzień


Przestrzeń, którą dzielimy razem, wypełnia zawsze szczególne poczucie komfortu.

Czesław jest osobą, z którą czuję się dobrze; osobą, która, kiedy wracam do domu i opisuję, co widziałam na popołudniowym spacerze, rozumie, co czuję. Każdego ranka cieszę się, witając z nim nowy dzień nad filiżanką kawy; ta chwila daje ciepło i wnosi porządek do mojego dnia.

Podróżowaliśmy do wielu krajów, spędzaliśmy ciche chwile w domu i zawsze widzę jego oczy, które mówią mi, że on wie, rozumie. Każdego ranka raduję się, widząc te oczy.
Przeł. Mateusz Flak

CAROL Miłosz - historyk amerykańskiego systemu nauczania, były pracownik naukowy Emory University w Atlancie, od 1992 roku żona Czesława Miłosza. Wraz z mężem mieszka w Berkeley i Krakowie.


Ewa Bieńkowska
Stary poeta

Jeszcze w urodzinowym numerze "TP", przed kilkoma tygodniami, pisano o Nim jak o mieszkańcu naszego świata. Już nie mógł przyjmować wizyt, z trudem odpowiadał na telefony, ale był. Jego wybrane na starość miejsce było jak adresy naszych znajomych - nawet gdy z rzadka piszemy listy bądź telefonujemy, mamy możliwość fizycznego zaczepienia myśli. To był Miłosz w Krakowie, tak jak przedtem Miłosz w Wilnie, Warszawie, Paryżu, Berkeley.
Felietony w "Tygodniku" miały dla mnie przede wszystkim funkcję potwierdzania jego bycia tu, nie tak znów daleko. I wzruszał mnie ten wysiłek pamięci, zwrócenie się ku pamięci, podkreślanie, że w tej fazie życia jest to najciekawsze, co może nam ofiarować. Stary Miłosz to góra pamięci albo podziemny labirynt pamięci drążony w ogromnej górze jego życia. Wobec nas i dla nas wysnuwały się obrazy świata, już nam historycznie niedostępnego. Byliśmy dopuszczani do jego rozpamiętywań, do spraw większych i mniejszych, jakie pamięć wyrzucała mu na światło. Ostatnie teksty były dyktowane, wiedzieliśmy o tym. To przydawało im cechy słów rzucanych w pośpiechu przez świadka, zwierzeń fragmentarycznych, które spisuje ktoś inny, jakby z trudem wydzierały się z mówiącego.
Miłosz to w pełni poeta XX wieku, a nawet początku XXI, nie ulegający swojemu stuleciu, lecz biorący je poważnie pod uwagę. Teraz, pod wpływem wiadomości o śmierci, wydaje mi się kimś, kto miał nam przynieść wiadomości z daleka, z przeszłości, z którą utraciliśmy kontakt i która już w jego młodości była utracona. On sam ją odzyskiwał poprzez ważne spotkania w życiu, czasem spotkania z żywym człowiekiem (jak Oskar Miłosz), częściej z książkami zapomnianymi przez współczesnych: z dawną poezją, z pismami metafizycznymi i teologicznymi.

Jego osobista potrzeba odzyskania dla siebie przeszłości jako czegoś podstawowego doprowadziła do tego, że w wieku, w którym najbardziej pracowici udają się na odpoczynek, on zaczął się uczyć greki i hebrajskiego: języków zaginionego kontynentu. Ponieważ jest to rodzinny kontynent kultury i wyobraźni - wyobraźni, w której on widział zdolność odnowy poezji - a może i (kto wie) życia wewnętrznego.
Trudno sobie wyobrazić, jak będą przyszłe pokolenia czytały jego wiersze. Dla mnie (i wiem, że nie tylko dla mnie) nie było to nigdy przeżycie wyłącznie poetyckie. Było to doświadczenie rozszerzenia, udzielane mi chwile obcowania z czymś pobudzającym i porządkującym mój własny świat. Może słuszne jest wyznać przy takiej okazji, że nieraz czułam się jak prowadzona za rękę i wiersze Miłosza, czytane na przestrzeni dziesięcioleci, wydawały mi się kolejnymi krokami ku dojrzałości, na którą składają się i wymagania wobec siebie, i możliwe pogodzenie się ze sobą. Każda lektura odnawiała zdumienie: więc do tego jest zdolny język poetycki, mój rodzinny język! Było to dotarcie za sprawą tych wierszy do najbardziej intymnego splotu uczuciowości: jak pierwsze otwarcie oczu na świat, pierwsze obudzenie na ważne sprawy, które filozofia próbuje nazwać po imieniu, pierwsze odnajdywanie się pośród dzieł malarstwa i muzyki.
Stopniowo dochodzę do świadomości, co zawdzięczam tej poezji. Co zawdzięczam osobowości zapisanej w jego esejach, gdzie odbywa się, z jakimś dziecięcym uporem, poszukiwanie własnego miejsca wewnątrz rzeczywistości, która ciągle stawia pytania i wymaga ciągłej żywości myśli. Miłosz to człowiek, który nigdy nie rezygnował, nie pozwalał sobie na łatwe rozwiązania. Nawet utrudniał sobie życie, utrudniał strategię poetycką, stawiając przed nią nadmierne wymagania. To znaczy takie, od których nas odzwyczaił rozwój kultury, spychając sztukę do sfery gry i nieodpowiedzialności. Bo za co jeszcze odpowiedzialna jest dzisiaj ekspresja artystyczna?
Konsekwencją jego powikłanej drogi, jego ogromnych ambicji dla poezji - stała się forma coraz prostsza, nieomal uboga. Przeczytajmy głośno kilka wierszy ze zbioru "To" - nie jest to poezja intelektualna, wywyższająca się ponad siebie. To najoczywistsze rzeczy: mur, który nie ustąpi przed żadnymi błaganiami, leszczyna, z której chłopiec wycinał łuki, a dzisiaj starzec mógłby sobie zrobić laskę, Głowa, spoglądająca znad pagórka i układająca losy małego prowincjusza.
Tak się stało, że Kraków okazał się miejscem ostatnich rachunków sumienia i ostatnich dziękczynień Miłosza. Wątek wdzięczności to nie tylko przejmujący poemat "Czeladnik", o mistrzu i uczniu, lecz i felietony z ostatnich lat. Nastała dla poety pora wdzięczności, która mieszała się z litością i utożsamieniem z innymi. Chcę zachować w pamięci, która urosła z moich wobec niego należności, taki obraz Starego Poety, obraz, z którym będzie mi łatwiej znieść jego nieobecność.

Ewa Bieńkowska jest eseistką i tłumaczką. Jesienią ukaże się jej książka o Miłoszu .

"Tygodnik Powszechny" , dodatek specjalny do numeru 34, 22 sierpnia 2004 http://www2.tygodnik.com.pl/


Josif Brodski:

Bez najmniejszego wahania stwierdzam, że Czesław Miłosz jest jednym z największych poetów naszych czasów, jeżeli nie największym. Nawet jeśli ogołocić jego wiersze ze stylistycznego bogactwa jego rodzimej polszczyzny (co nieuchronnie dzieje się w tłumaczeniu) i zredukować do samej treści, wciąż stoimy w obliczu umysłu tak surowego i nieugiętego, umysłu tak żarliwego, że jedyne porównania, które przychodzą do głowy, odnoszą się do postaci biblijnych - najbardziej Hioba.

...)
Czesław Miłosz jest doskonale świadom, że język nie jest narzędziem poznania, lecz narzędziem przyswajania świata, który wydaje się dosyć wrogi - chyba że językiem posługuje się poezja, która jako jedyna próbuje go pokonać w jego własnej grze i przez to maksymalnie przybliżyć się do prawdziwej wiedzy. Skracając, a raczej zapętlając proces analityczny, poezja Miłosza wyzwala czytelnika z wielu psychologicznych i czysto językowych pułapek, ponieważ odpowiada na pytanie nie "jak żyć", ale "dla czego żyć". Poeta ten niejako głosi pewną straszliwie trzeźwą wersję stoicyzmu, która nie ignoruje rzeczywistości, choćby najbardziej absurdalnej i potwornej, lecz przyjmuje ją jako nową normę, którą człowiek musi uwewnętrznić, nie rezygnując ze swych nadszarpniętych wieloma kompromisami wartości.

Fragment: Wytrwałość bólu, "Apokryf" nr 9, czerwiec 1999 - dodatek do "Tygodnika Powszechnego".

ks. Adam Boniecki

To nic, że czasem nie wie

Kim był ten, który do wściekłości doprowadzał dewotów, doktrynerów i klerykałów, a mistyka i trapistę Tomasza Mertona sprowokował do obszernej, niezwykłej korespondencji, która zaowocowała przyjaźnią?

O Miłoszu w domu Turowiczów mówiło się często, tak często, że mam poczucie, iż znam go od tamtego czasu, to jest od lat sześćdziesiątych. Bywało, że siedzieliśmy w kuchni przy kolacji i rozmowa schodziła na wspomnienia z Goszyc, gdzie Turowiczowie wraz z Miłoszem przeżywali ostatnie miesiące wojny. Pani Anna recytowała z pamięci Czesława (tak o nim mówili), ktoś przynosił zaczytane tomy i tomiki, Jerzy wyszukiwał i czytał ulubione wiersze. Tak poznałem oba "Traktaty" - "Poetycki" i "Moralny", których zrozumieć pewnie bym nie umiał bez wyjaśnień Turowiczów.

Z goszyckich opowiadań jedno szczególnie utkwiło mi w pamięci. We dworze zjawił się znajomy pani domu, partyzant Jan Józef Szczepański. Pani Anna pamiętała ich spór z Miłoszem, który z wielkim przekonaniem tłumaczył Jasiowi, że walczyć nie zamierza, bo musi wojnę przeżyć: jego zadaniem jest pisanie a nie walka, jego ewentualna śmierć na nic się nie przyda, natomiast jego pisanie jest dla Polski ważne. Zaskakująca jak na tamte czasy pewność własnej misji młodego poety, a właściwie Poety (Miłosz był przez cenzurę wykreślany zawsze, a przecież znaleziono sposób, żeby mógł się znaleźć w "Tygodniku": cytując, pisano "jak mówi Poeta", Poeta pisany majuskułą to zawsze był Miłosz).

Miłosz-autor był mi potem przewodnikiem w sprawach wiary. Gdy w latach siedemdziesiątych mieszkałem w Paryżu, zgromadziłem sporo jego książek. Pamiętam, że olśnieniem był wtedy dla mnie tryptyk, trzy wiersze z cyklu "Świat. Poema naiwne" zatytułowane "Wiara", "Nadzieja", "Miłość".

Tu, gdzie piszę to wspomnienie, nie mam dostępu do jego książek, więc z pamięci chciałbym zacytować ostatni z tych trzech. Z wdzięczności. Tym wierszem Poeta pomógł mi żyć.

Miłość to znaczy popatrzeć na siebie

Tak jak się patrzy na obce nam rzeczy ,

Bo jesteś tylko jedną z rzeczy wielu .

A kto tak patrzy, choć sam o tym nie wie ,

Ze zmartwień różnych swoje serce leczy ,

Ptak mu i drzewo mówią: przyjacielu .

Wtedy i siebie, i rzeczy chce użyć ,

Żeby stanęły w wypełnienia łunie .

To nic, że czasem nie wie, czemu służyć :

Nie ten najlepiej służy, kto rozumie .

Potem, kiedy już poznałem Miłosza osobiście, przy każdym spotkaniu (a było ich sporo) ogarniało mnie, raczej mi obce, uczucie paraliżującego wręcz onieśmielenia. Nie wiem, czy powodowała to jego zdumiewająca erudycja, czy stawiane nagle, niby od niechcenia, pytania dotyczące wiary: takie, na które - o czym przecież doskonale wiedział - odpowiedzi nie ma, czy spoglądające na mnie spod krzaczastych brwi życzliwie rozbawione, bystre oczka Poety.

Był mistrzem. Uczył docierania do spraw ważnych. Mnóstwo napisał i w tym pisaniu, teraz zwłaszcza, kiedy ukazują się kolejne tomy jego "Dzieł", można śledzić, jak mądrość lat przekłada się na coraz większą prostotę i przejrzystość słów. Był, jest mistrzem, bo nie można go czytać i zostać takim, jakim się było przedtem.

Tak odczytuję "Traktat teologiczny". Owszem, nie ma w nim olśniewającej w obu wcześniejszych traktatach kunsztownej zabawy słowem, rytmem, rymem i... Onieginem, ale też jest on całkiem inny; jest wielkim soliloqium starego człowieka, który szykuje się na spotkanie z Tym, z którym całe życie się zmagał.

Miłosz, który w czasie wojny - niejako przeciw prądowi emocji narodowych - wiedział, że nie może ryzykować życia, bo ma coś ważnego do powiedzenia, kiedy przychodziło mówić, odczuwał lęk. Czego się bał? "Traktat teologiczny" mieliśmy pod embargo na długo przed drukiem. Oczywiście: chciał, byśmy go publikowali, a jednocześnie się lękał. Jeszcze coś poprawiał, skreślał, dopisywał, ale chyba po prostu się bał. Dopuszczając innych do najbardziej własnych, najważniejszych spraw, człowiek staje się bezbronny, wystawia się na ciosy, jest vulnérable...

Czasem mówiliśmy o nim w redakcji (za Durrellem, określającym tak Kawafisa) "Stary poeta tego miasta". Nie było to ścisłe, bo on nigdy nie był stary. Świadek minionej epoki, mówił, stawiał pytania i szukał odpowiedzi tak, jak tego wymaga ten czas. Był wciąż, rzeczywiście obecny.

Jakże w tych pospiesznie pisanych, w smutku pisanych notatkach nie wspomnieć jeszcze o wiernej przyjaźni, jaką darzył "Tygodnik Powszechny". Wiem, że był to przede wszystkim dalszy ciąg przyjaźni z Jerzym Turowiczem. Ale też bardzo świadomy wybór, o którym pisał w tekście "No to co zrobię?", odpowiadając na pytanie czytelniczki, dlaczego on, opowiadający się przeciw państwu wyznaniowemu, pisze do katolickiego pisma.

Opowiadał mi pracujący w Paryżu pallotyn ks. Zenon Modzelewski, że przygotowując płytę ku czci ojca Kolbego, który wtedy miał być beatyfikowany (może kanonizowany), zamierzał nagrać fragmenty psalmów w tłumaczeniu Miłosza. Zadzwonił więc do niego, by uzyskać zgodę. Kiedy przedstawił sprawę, w słuchawce rozległ się ryk Poety. "Nie, nie zgadzam się. Przez tego Kolbego straciłem pracę w radiu". Chodziło o historię sprzed wojny, jakiś artykuł w "Rycerzu" czy w "Małym Dzienniku". Ostatecznie wyraził zgodę, obracając tamtą pierwszą reakcję w żart, ale Kolbe musiał mu doskwierać, skoro wspominał o nim jeszcze w artykule na 85-lecie Turowicza. "Jestem stary - pisał wtedy, w 1997 r. - i powinienem złagodnieć, pamiętając, że ludzie są tylko ludźmi i to, co noszą w głowach, niekoniecznie łączy się z ich czynami. Ks. Maksymilian Kolbe i jego prasa to było wskrzeszenie zabobonów epoki saskiej w nowoczesnej oprawie, a został świętym".

Może jest w tym jakiś żart czy znak Opatrzności, że Czesław Miłosz odszedł 14 sierpnia, w dniu, kiedy Kościół czci św. Maksymiliana Kolbe.

"Tygodnik Powszechny" , dodatek specjalny do numeru 34, 22 sierpnia 2004 http://www2.tygodnik.com.pl/


Leszek Kołakowski:

Czesław Miłosz przerasta nas tak bardzo, że trudno uwierzyć, iż jest się jego "współczesnym"; ma się raczej wrażenie, że jest "fenomenem". Natury? Czytelnik podejrzewa, że wyższych mocy. I to jest największe zwycięstwo. Josif Brodski pisał, że poezja, literatura, ustanawiają miary, jakimi należy żyć. Czesław Miłosz swoimi wierszami i Pieskiem przydrożnym stwarza i przywraca nam świat, zarazem pełny i prawdziwy, bolesny i piękny - wieloraki w swoich obliczach i - jedyny. Nie znajdowaliśmy go ani w nauce, ani filozofii współczesnej, ani u teologów i ideologów. Ale to właśnie do niego - tęsknimy.

"ZL" , nr 62, wiosna 98 (zbiór wypowiedzi o Piesku przydrożnym ).


Stanisław Barańczak:

Gdyby nie było w naszym życiu Czesława Miłosza - o ileż to życie byłoby lżejsze!Nie byłoby wtedy jego poezji - i początkujący poeci nie mieliby tak wysoko ustawionej poprzeczki do przeskoczenia, tak wygórowanego standardu doskonałości do osiągnięcia. [...] Nie byłoby jego eseistyki - i nie musielibyśmy nic wiedzieć o różnych trudnych i mącących nasz umysłowy spokój sprawach, a także różnych niełatwych do czytania autorach...

cytat za: "Gazeta Wyborcza", dodatek "Gazeta w Krakowie", 1997.


Tomas Venclova

Dwa księstwa

W XX stuleciu Czesław Miłosz okazał się tym dla poezji i kultury polskiej, kim w XIX stuleciu był Adam Mickiewicz. Dziwna jest powtarzalność losów dwóch wielkich Polaków. Obaj nazywali swoją ojczyzną Litwę i uważali się za Litwinów - w dawnym sensie tego słowa, kiedy oznaczało ono obywatela niegdysiejszego Wielkiego Księstwa. Czesław Miłosz zresztą miał do tego nawet większe prawo niż Mickiewicz, ponieważ urodził się na rdzennej, dziś niepodległej Litwie, znał język litewski i potrafił tłumaczyć poetów tego języka z oryginału.
Obaj - Mickiewicz i Miłosz - byli wygnańcami, obaj zdobyli sławę światową jeszcze za życia, obaj wybitnie przyczynili się do wyzwolenia obu narodów dawnej Rzeczypospolitej z pęt tyrańskich reżimów. Odrodzenie narodowe litewskie - tak samo jak polskie - byłoby nie do pomyślenia bez Mickiewicza. Historyczne pojednanie Polski i Litwy po ciężkich przejściach dwudziestowiecznych byłoby nie do pomyślenia bez Miłosza. Powiedziałbym, że właśnie Miłosz, największy poeta "miasta bez imienia" - Wilna, był tym, kto rozwiązał kwestię wileńską, bo politycy przeszli ścieżką wydeptaną przez niego i podobnie myślących, początkowo przecież nielicznych ludzi.
Był nie tylko obywatelem Wielkiego Księstwa, ale i jednym z największych obywateli innego księstwa, którego także nie ma na mapie - księstwa języka i poezji. Dla mnie jest przykładem absolutnie spełnionego poetyckiego losu. Pisał przez siedemdziesiąt lat, do ostatnich miesięcy życia, zawsze na niedościgłym poziomie, nie przestając zadziwiać płodnością i mądrością. Teraz, jak nigdy przedtem, widzimy, że jest równy najlepszym w XX wieku. Jest ich trzech albo czterech - poza Miłoszem to Eliot, Kawafis, Mandelsztam. Pisali w bardzo złych czasach, ale potrafili skondensować tragiczne doświadczenie swojej epoki aż do niewidzialnego punktu, w którym rodzi się nadzieja. Z wątłym płomieniem tej nadziei przechodzimy w nowe tysiąclecie.


W tej godzinie pożegnania jestem szczęśliwy i dumny, że byłem współobywatelem i współczesnym Czesława Miłosza.
TOMAS VENCLOVA jest litewskim poetą, tłumaczem i historykiem literatury, autorem monografii Aleksandra Wata .

"Tygodnik Powszechny" , dodatek specjalny do numeru 34, 22 sierpnia 2004 http://www2.tygodnik.com.pl/


Wisława Szymborska

Święto

Każdy Jego nowy wiersz to było dla nas święto, niespodzianka, podarunek, temat do długich rozmów z przyjaciółmi i zaproszenie do rozmyślania w samotności. Podobnie działo się z Jego książkami. Gdy tylko któraś się ukazywała, odkładaliśmy wszystkie rozpoczęte lektury i jej dawaliśmy w czytaniu pierwszeństwo. Czasami pokazywał nam wiersz czy poemat dopiero co napisany - ciekaw nie tyle pochwał, ile czyjejś nieskrępowanej opinii. Żył wśród nas i myślę, że nas odrobinę lubił, trochę potrzebował, niczego jednak od nas nie żądał, nie wymuszał. Teraz stało się to, co stać się kiedyś musiało. A dla nas skończył się przywilej obcowania z Nim. Święto zgasło.

"Tygodnik Powszechny" , dodatek specjalny do numeru 34, 22 sierpnia 2004 http://www2.tygodnik.com.pl/


Wojciech Karpiński

Polowanie z ogarami

Od dawna myślę, że jego pożegnaniem z sobą i z nami - żyjącymi, do czasu - i przywitaniem z następcami w sztafecie pokoleń na Nieobjętej ziemi - są końcowe linie "Zimy":

Wielkie było polowanie z ogarami na sens niedosiężny świata .


I teraz jestem gotów do dalszego biegu

O wschodzie słońca, za granicami śmierci .

Już widzę górskie pasma w niebiańskiej kniei

Gdzie za każdą esencją odsłania się esencja nowa .

To on jest gotów, nie my, nie ja. To on znalazł słowa. Jeszcze jeden jego dar, lecz nie zwalnia nas z wysiłku ujęcia w słowa - czego? - Jego obecności. Przyczyn naszej wdzięczności. Wiem, jakie miejsce zajmował od dziesięcioleci w moim życiu duchowym, w polskiej literaturze, w kulturze Zachodu - i to nie tylko XX wieku... Ale czy można się do takiego podziękowania przygotować? Szukam formuł, bezradny.

Półtora wieku temu Zygmunt Krasiński, w jakże trudnej sytuacji osobistej, narodowej, społecznej, artystycznej, na wiadomość o śmierci Mickiewicza znalazł, w prywatnym liście do przyjaciela, Adama Sołtana, słowa niezapomniane, które stały się dla ludzi później żyjących sformułowaniem odkrywczym i oczywistym (czy nie były równocześnie niebezpieczną mitologizacją? jeżeli nawet, to wielką): "Pan Adam już odszedł od nas. Na tę wieść pękło mi serce. On był dla ludzi mego pokolenia i miodem, i mlekiem, i żółcią, i krwią duchową, my z niego wszyscy. On był nas porwał na wzdętej fali natchnienia swego i rzucił w świat". To zapewne najsłynniejszy i jeden z najpiękniejszych polskich nekrologów. Te słowa, jakkolwiek efektowne, nie określają miejsca Czesława Miłosza w polskim życiu. I chyba takie określenie nie jest możliwe. Był zbyt złożony, zbyt bogaty. Można - i trzeba - wyrażać mu wdzięczność za dary. Cieszyć się, że są z nami, starać się, by żyły w nas i nas ożywiały. Uczynił nas bogatszymi, mocniej osadzonymi w tradycji i swobodniejszymi, a w każdym razie stworzył po temu możliwości.

Jego wiersze, jego eseje są czymś więcej niż zbiorem pięknych formuł. Miłosz miał poczucie odpowiedzialności za gospodarstwo literatury polskiej. W liczącym ledwie kilka stron szkicu "Mickiewicz" z "Ogrodu nauk" przedstawił historię polskiego głosu. Wiedział, jak ważną sprawą jest właściwe ustawienie głosu. Zdobycie głosu, umiejętność nazywania świata, umacniania i rozszerzania własnej wolności, duchowej suwerenności, zależy także od stanu języka. Ten stan tworzą pisarze, przygotowują narzędzia do nazywania świata. W XX wieku, a zwłaszcza w jego drugiej połowie, nastąpiło na świecie dość powszechne "zmącenie głosu", utrata kontaktu z rzeczywistością. Między klimatem życia a klimatem literatury rozwarła się przepaść. Kilku polskich pisarzy stanowi wyjątek. Ich książki są zarazem wyzwoleniem i zakorzenieniem, ugruntowaniem suwerenności jednostki i wzmocnieniem jej związków ze wspólnotą, wspólnotą raczej projektowaną niż realną, modelowaną przez ich spojrzenie, ich dzieła. Potrafili zstąpić na stopień zero stylu, przyjrzeć się sobie, własnemu obnażeniu, własnemu zagubieniu - i odbudować od podstaw władzę nazywania świata, umożliwić rozmowę ze sobą i z innymi. Najznakomitsze przykłady takiej postawy to twórczość Gombrowicza i Miłosza. To jest ich bezcenny dar dla nas.

"Oby do naszej mowy wróciła rzeczywistość", napisał Miłosz już dziewięćdziesięcioletni w "Traktacie teologicznym". Ależ on to spowodował swoimi wierszami - od "Obłoków", "Spotkania", "Równiny", przez "Traktat moralny" i "Traktat poetycki", przez "Mittelbergheim", "Gucia zaczarowanego", "Gdzie wschodzi słońce i kędy zapada", przez "Nieobjętą ziemię", "Sześć wykładów wierszem", aż po zadziwiającego odkrywczością i młodością "Pieska przydrożnego", po "To", po "Drugą przestrzeń" - kolejnymi utworami budował dla nas drugą przestrzeń, przestrzeń suwerenną. W walny sposób przyczynił się do tego, że literatura polska drugiej połowy XX wieku stała się, w dziełach kilku autorów, lekcją suwerenności, lekcją głosu zarazem swobodnego i sensownego, zdobyciem nowych oczu, obroną i uświetnieniem rzeczywistości, zdobyciem i utrwaleniem innych przestrzeni, ponad ideologicznymi płaskościami, jakichkolwiek byłyby kolorów i obediencji. I nigdy chyba, od czasów Kochanowskiego, nie była tak związana z rzeczywistością.

To jest jego wielki dar dla nas, czytelników: możemy być świadkami wielkiego polowania na sens niedosiężny świata. Tak działało na mnie jego dzieło, od pierwszej lektury, już prawie przed pół wiekiem. "Zniewolony umysł" był pierwszą książką zbójecką, która mi wpadła w ręce i nigdy tej lektury nie zapomnę. Ale i później czytane utwory działały z podobną siłą, zwłaszcza wiersze. I tak działają te, po które sięgnąłem, bezradny, 14 sierpnia 2004 na wiadomość o śmierci ich autora. Znów przyniosły pomoc. Jakże jesteśmy szczęśliwi i bogaci, że dostał się nam ten dar.

Wojciech Karpiński jest historykiem idei, krytykiem literackim, eseistą i tłumaczem .

"Tygodnik Powszechny" , dodatek specjalny do numeru 34, 22 sierpnia 2004 http://www2.tygodnik.com.pl/











Poprawiony: środa, 30 sierpnia 2017 17:04